Wrr

Maciej Stroiński

Nowy Wierzchowski w Teatrze Ludowym jest, niestety, katastrofą, nieskończenie się wlokącą, wymruczaną bzdurą. Ambicje widać, że były ogromne, na traktat o życiu, i spadli z naprawdę wysokiego konia, z wyżyn sukcesu poprzedniego przedstawienia.

Dwa fajne pomysły, co „Hańba” zawiera, to akurat pożyczone — „Lascia ch’io pianga” w wersji z „Farinellego” jako tło do seksu i słuchawka w uchu plus mjuzik na koniec z „Synekdochy, Nowy Jork”. Wierzchowski tak lubi, wziąć jakiś film i pożyczać z niego. Lubi też wykroczenia na tle seksualnym. Uczelnianą komisję wyjebawczą z pracy przedstawia niegłupio jako psy w nagonce. Piotr Pilitowski gra to, co we „Friedmanach”, faceta-cipę dającego sobie wjeżdżać na poczucie winy. Mówi tym przepraszającym głosem, bo poprzednio pukał dzieci, a teraz studentki. Chyba że jego postać ma nam unaocznić, co najnowsza fala feminizmu robi z facetami, jak ich totalnie kastruje. Ale szkoda, że dzieło tak krytyczne, tak po mojej myśli, jest tak nieudane.

Spektakl ma również antyaborcyjny przekaz, dla mnie wszystko jedno, w tej sprawie nie mam poglądów, nie planuję się wyskrobać. Praktycznie patrząc, to gówno widać i gówno słychać, co od połowy już nie przeszkadzało. „Filmowe” grańsko i dlatego mówią w sposób niesceniczny i ledwo słyszalny. Młode aktorki zaproszone z Łodzi bardzo są nieopierzone, jeszcze nierecenzowalne.

Twórczość Wierzchowskiego w Hucie jest jak ilustracja do powiedzenia o łasce Pańskiej, która na pstrym koniu jeździ. Raz robisz „Friedmanów” i nie bierzesz jeńców, a raz jesteś w dupie. Ten reżyser ma opinię mocno nierównego i mogę potwierdzić. Skoro jego artystyczny biorytm sunie teraz po podłodze, w Starym Teatrze poszybuje w kosmos.

Hańba — tekst J. M. Coetzee, reż. Marcin Wierzchowski, Teatr Ludowy w Krakowie