Nieładnie

Maciej Stroiński

Umieranie Jezusa Chrystusa to pewnie nie było nic przyjemnego ani w przeżyciu, ani w obrazku. U Pendereckiego jest nieprzyjemne także w odsłuchu.

Na jego „Pasji wg św. Łukasza” (1966) nabrałem szacunku do dzisiejszych czasów, że nie są TAMTYMI i że awangarda to są TAMTE śniegi. Jeżeli od czegoś zbiera ci się na rzyganie, powiemy, że „trudne”, że „trudna muzyka”.

Zazwyczaj przedkoncertowe nadęcie krakowskiego towarzystwa ustępuje w trakcie. Dostajesz zachwytu i przez chwilę nie pamiętasz, że jesteś miejscowym dupkiem, masz wychodne z roli. Tutaj nikt się nie zachwycał, bo niby czym, nikt się nie zapomniał, było tylko gorzej. Chrystusowi zostało jakoś nas ratować, zejść szybko na krzyżu i dać sobie spokój ze zmartwychwstawaniem.

Utwór Pendereckiego w sali Pendereckiego, w pierwszym rzędzie Penderecki. Koncert się odbył na dużym too muchu. Bo jakie są jeszcze opcje? Kanonizacja żywcem? Nawet z JP2 nie dało rady, a też był z Krakowa.

Już nigdy nie powiem, że teatr zadziera nosa, nawet o Słowaku nigdy tak nie powiem, nawet o Warliku!

Pierwsze, co włączyłem po przyjściu do domu, to był Klocuch, „Kruci gang”: „Lubię zagrać w fajną grę. / Co mi zrobisz? Nie boję się. / Umiem skakać na rowerze. / Wolę schabowe niż mielone”.

Pasja wg św. Łukasza — muzyka Krzysztof Penderecki, dyrygent Kent Nagano, Orchestre symphonique de Montréal na festiwalu Theatrum Musicum w Krakowie