Jem gluten z laktozą

Maciej Stroiński

Nie no, żarcik taki, tak żeby zagaić… Przecież bym TEGO nie dotknął. W rzeczywistości robię coś gorszego, coś dużo bardziej nielewicowego. Chodzę do Bagateli i się dobrze bawię.

Znajomi wiedzący, czego nie wypada, deklarują jednoznacznie, że nigdy nie byli, nawet „ironicznie”. Czyli nawet Bagatela jest glebą dla lansu.

Ja Wam opowiem, kochani koledzy, o co jesteście biedniejsi. Z którymi aktorami, co harują latem, nie współodczuwacie. Mieć zaległości w repertuarze tego teatru to jest pewne osiągnięcie, bo tam latami potrafi lecieć to samo.

Wszyscy się śmieją z „Szalonych nożyczek”, również ci, co nie widzieli, taka to gruba komedia. Zawiera gatunki ludzkie na rychłym wymarciu, których zaraz już nie będzie: śmiesznego geja oraz głupią babę. To znaczy geje nie znikną, a tym bardziej baby, lecz ta śmieszność i głupota. Spektakl jest trochę kampowy, trochę almodovarowy, zwłaszcza pani Dąbek w wałkach.

Rzecz się dzieje we fryzjerze i opiewa na morderstwo. Trup w większości osób rodzi żądzę wiedzy, chęć wiedzenia, kto go zabił. We mnie niekoniecznie, bo od tego trup nie wstanie, że się dowie prawdy, jeśli jeszcze nie wie.

Twórcy „Szalonych nożyczek” też są tego zdania, że sprawca nieważny. Ale widz MA PRAWO WIEDZIEĆ, płaci i ogląda. A że mamy rządy ludu, no to mamy głosowanie, casting na zabójcę. Sami powiedzcie, komu z oczu źle patrzycie.

Ile ten głupawy i totalnie śmieszny spektakl mówi prawdziwego o życiu społecznym dzisiaj! Dzisiejsze wspólnoty ludzkie, jak widać choćby na fejsie, najbardziej kochają taki entertainment: Czyja wina? Czyja wina? CZYJA BARDZO WIELKA WINA?

Szalone nożyczki — tekst Paul Pörtner, reż. Marcin Sławiński, Teatr Bagatela im. Boya-Żeleńskiego w Krakowie